Motocyklowa wyprawa na Bałkany

Egzaminy już za nami,indeksy wypełnione. Czas zabrać się za planowanie wakacji. Każdy chciał gdzieindziej, innym sposobem. Ja zaproponowałem nieśmiało motocykl, i ku mojemuzdziwieniu Hania się zgodziła. Nie jeździła ze mną wcześniej na żadne dłuższewyjazdy, ani nie mam jakiegoś superwygodnego motocykla, a jednak zgodziła się.Wiemy już jak będziemy się poruszać, teraz tylko w którą stronę świata? Z racjitego, że oboje wolimy mniej turystyczne miejsca, to najsensowniejszym wyborem byłopołudnie. Ja na początku chciałem jechać do Istambułu, Hania nie bardzo. Za tobardzo chciała zobaczyć trochę więcej Rumunii niż rok temu. Ja zmieniłempriorytety na Chorwacje i tak powstała trasa ciągnąca się przez Słowacje,Węgry, Rumunie, Serbie, Bośnie i Hercegowine, Chorwacje, i znowu Węgry iSłowacje. Hania zajęła się szukaniem informacji o ciekawych miejscach,campingach itp., a ja zabrałem się za ogarnianie motocykla. Mój Suzuki Bandit600 który jeszcze nigdy mnie nie zawiódł wymagał lekkiej regulacji, wymianyoleju w lagach, uszczelniaczy, klocków hamulcowych i świec. W tym wszystkimpomagali mi znajomi, bo samemu nie do końca ogarniam sprawy mechaniczne. DziękiBuła i Micu ;) Bandit gotowy, czas pomyśleć w co się ubierzemy. Ja ciuszki namoto mam, ale co z Hanią ? Zawsze jeździ ze mną w zbroi i bluzie. No ale nataką wyprawę niema co, musi mieć normalną kurtkę. Spodnie dostała na dzieńkobiet (taki kobiecy prezent), kask ma i rękawiczki dostała po mnie. Tu zpomocą przychodzi nam firma Motorismo, której strasznie dziękujemy. Dzięki nimHania jeździe w nowej kurtce Ozone Delta i dostaje mój trochę lepszy kask (tak,mamy ten sam rozmiar). Ja natomiast jadę w nowym kasku HJC R-PHA MAX (cudo!!).Sakwy pożycza nam Grzesiek. Robimy ostatnie campingowe zakupy i… tu znowu miłezaskoczenie. Firma BUSHMEN przysyła nam nóż, miski, multitoola, campingowądeskę do krojenia, apteczkę, sztućce i wieczna zapałkę ;) Dzięki wielkie! Pakujemynamiot, ciuchy itp. A termin wyjazdu zbliża się wielkimi krokami. W ostatniej chwili odbieramy koszulki,naklejki i baner od Festiwalu Navigator, który będzie relacjonował naszą podróżna swoim facebooku.

Dzień 1
Umówiliśmy się nastacji z Panem Mirkiem, jego żoną i jak się później okazało tatą mojego kolegiz technikum (jaki ten świat mały). Niestety pogoda nie była za ciekawa. Stop.Co ja gadam? Właściwie była tragiczna. Ciągle lało. Przemokliśmy cali, było namzimno, a pogoda nie chciała się poprawić. Na stacji w Piwnicznej stwierdziłem,że to niema sensu i zostajemy do jutra. Choroba na początku wyjazdu to nie byłoto na co czekaliśmy. Nasi towarzysze pojechali dalej, a my znaleźliśmy jakiśpokój za 20 zł od osoby. Porozkręcaliśmy grzejniki i suszyliśmy ciuchy. Japoszedłem do sklepu, który był kawałek drogi od naszego pensjonatu. Naszczęście w jedną stronę podwiózł mnie Pan na traktorze (dużo szybciej niebyło, ale za to nie padało na głowę). Wracając na stacji zobaczyłem grupkęmotocyklistów z bagażami. Po krótkiej rozmowie i zachwalaniu Rumunii (skądwracali), stwierdzili że dobrze zrobiliśmy nie jadąc dalej. Na Słowacji podobnobyły mega burze.
Dzień 2
Rano przywitało nassłoneczko! Pozbieraliśmy graty i ruszyliśmy na camping obok Debreczyna. Drogamijała spokojnie (jak to na Słowacji). Węgry przywitały nas super pogodą itypowo węgierskimi krajobrazami. Pola słoneczników ciągnęły się kilometrami, amy byliśmy coraz bliżej celu. W końcu dotarliśmy na camping. Rozbiliśmy namioti szybko pobiegliśmy powygrzewać się w gorących źródłach. Woda o temperaturzezbliżonej do 40°C była idealna po całym dniu spędzonym na motocyklu.Pomoczyliśmy się, poskakaliśmy na trampolinie, zjedliśmy coś i położyliśmy sięspać.
Dzień 3
Dzień rozpoczęliśmy od kolejnej kąpieli w gorących źródłach (przecież nie mogliśmy sobie odpuścić) i ruszyliśmyw stronę Rumuni. Przejechaliśmy sprawnie przez granice i udaliśmy się dalej wstronę miasta Cluj-Napoca. Hania była tam rok temu na wyjeździe studenckim. Niestety,po drodze złapała nas straszna ulewa i musieliśmy się zatrzymać. Staliśmy pod40 cm daszkiem jakiegoś starego kiosku i nie zapowiadało się że burzaprzejdzie. Na szczęście przeszła. Jednak straciliśmy dużo czasu i w Clujzatrzymaliśmy się tylko coś zjeść i wypłacić kasę z bankomatu. Troszkę szkodabo Hania pewnie chciała mi pokazać miasto, ale na pewno kiedyś będzie jeszczeokazja ;) Ruszyliśmy w stronę Saliste gdzie mieliśmy znaleziony camping.Dotarliśmy tam dość późno, chociaż czas cofnął nam się o godzinę.
Dzień 4



Obudziłem się z myślątylko o jednej rzeczy. Dziś jedziemy na trasę Transfogaraską! Podekscytowanie znutką strachu, bo przecież te zakręty, góra, a ja z pasażerką i obładowanymmotocyklem. Czy dam radę? Jednak wracamy do przyziemnych rzeczy i idziemy na zakupy!W sklepie zawiało „supersamem” z 1995 roku, ale kupiliśmy co mieliśmy kupić iwracamy na camping. Idziemy a obok pasterze prowadzą osiołki i stado owiec.Właściwie nic dziwnego, jesteśmy w górskim miasteczku. Jednak nie wszędziewidzimy stado owiec idące po rondzie zgodnie z przepisami :D Chciałem zrobićsobie z nimi zdjęcie, ale jedno spojrzenie psa pasterskiego wyjaśniło mi że togłupi pomysł. Szybkie śniadanie i ruszamy w stronę motocyklowych marzeń. I jest!Trasa Transfogaraska! Motocyklowy raj na ziemi. Serpentyny ciągnące się kilometrami,piękne widoki, dzikie konie i krowy, kawałki śniegu. A to wszystko w pięknymzielonym krajobrazie. Właściwie czego chcieć więcej? Może trochę lepszej pogodybo na samym szczycie zaczęło padać i nie pochodziliśmy za długo. Zjeżdżaliśmy wdeszczu, ale nic nie popsuje wrażeń z tego miejsca. Droga jest niesamowita i napewno nie zapomnimy jej długo. Jednak po przejechaniu trasy Hanie dopadł małykryzys. Była zmęczona i trochę obolała od całodziennego siedzenia na moto.Wcale jej się nie dziwie, sam byłem zmęczony. Jakoś dojechaliśmy do stolicyRumunii gdzie znaleźliśmy camping na którym bardziej opłacało się spać w domkuniż w namiocie. Może to i lepiej bo padliśmy na łóżka ze zmęczenia.

Dzień 5
Środę zaczęliśmy odsolidnego śniadania i pakowania bagaży. Później ruszyliśmy zwiedzać miasto. Bukaresztnie zrobił na nas wielkiego wrażenia, choć trzeba przyznać, że niektóre budynkisą bardzo ładne i zadbane a słynny parlament jest naprawdę ogromny. Popołudniuwróciliśmy na camping, zapakowaliśmy nasze tobołki na bandita i autostradąruszyliśmy do Constanty. Tutaj a dokładniej w miejscowości obok - Mamaia rozbiliśmy namiot na campingu. Nie poszliśmynad morze bo było juz dość późno.
Dzień 6
Dziś dzień odpoczynku. Wysypiamy się,jemy śniadanie. W międzyczasie ktoś kradnie mi czajnik z łazienki (byłpoobijany i zaśniedziały, Hani tata jeszcze z nim jeździł). No trudno, od terazgotujemy wodę w garnku. Pogoda dopisuję więc idziemy na plażę. Chwila opalania,zabaw w wodzie (chociaż dla mnie trochę zimna, ale Hani bardzo się podobało) iwracamy na obiad. W międzyczasie poznajemy Czechów którzy jadą na Jawach zOdessy do Istambułu. Jedna z 76 roku druga z 91. Da się? Da. Ale co parę dnitrzeba czekać na paczkę z częściami :P Chłopaki gdzieś pojechali, a zaczęłolać. Pozbierałem im pranie i zamknąłem namiot za co później straszniedziękowali ;) Ciekawe czy dojechali hmm… Po obiedzie ruszyliśmy się abypozwiedzać okolice. Jednak grupy dzikich psów znacznie nam to utrudniały. Chybanie jesteśmy przyzwyczajeni do takich rzeczy. Wieczorkiem spacer po plaży iczas iść spać bo jutro przed nami kawał drogi do przejechania.
Dzień 7
Cel na dziś: Krajowa. Miasto gdziezatrzymamy się na nocleg. Po drodze łapią nas ciągle burze, zgubiliśmy się wBukareszcie i ogólnie jakiś taki kryzys. Aż chciało mi się już wracać do domu.Jednak jakoś dojechaliśmy. Czekało na nas 2 poziomowe mieszkanie, z dwomałazienkami, kuchnią i telewizorem. Należało się nam a co!! Zrobiliśmy pranie wsuper pralce :P, skoczyliśmy do sklepu, zjedliśmy dużą kolacje, baklavę, półarbuza i padliśmy na łóżka.
Dzień 8
Z Krajowej ruszamy w kierunku Nisz wSerbii. Po drodze zahaczymy troszkę o Bułgarię. Przed granicą chciałemzatankować, zatrzymałem się na stacji, nalałem do pełna i … okazało się że niemożna płacić kartą. My nie mieliśmy żadnej gotówki. Na szczęście jakiś panRumun (chyba wędkarz – miał pół auta załadowane wędkami) zawiózł mnie dobankomatu i odwiózł powrotem na stacje, gdzie Hania z motocyklem została „wzastaw” :p Spotkaliśmy na stacji Polaków,którzy powiedzieli nam że do Bułgarii jest nowo wybudowany most i nie trzebapłynąć promem. Przejeżdżamy nowym mostem przez granice z Bułgarią i nawet sięnie orientujemy jak jesteśmy już na drugiej granicy. Chwila odpoczynku nagranicy Serbsko – Bułgarskiej i ruszamy w stronę Nisz gdzie czeka na nas Mario.Przed zameldowaniem do pokoju dostajemy Serbską Śliwowice (hardcor) i chwilerozmawiamy – Mario to bardzo miły gospodarz! Idziemy do sklepu gdzie pansprzedawca przez pół sklepu coś do mnie krzyczał, a gdy widzi że nie rozumiempodchodzi, odstawia moje ciepłe piwo na półkę i pokazuje lodówki z zimnymipiwkami :D Serbia!
Dzień 9




Żegnamy się z Mariem i ruszamy stromąuliczką na której mieszkał w stronę DjavoliaVaros czyli „miasta diabła”. To piękny rezerwat przyrody, w którym głównąatrakcją są formacje skalne i "czerwona" woda. Przebrani zmotocyklowych ciuchów ruszyliśmy zwiedzać. W rezerwacie znajduję się takżemalutka cerkiew, w której można zawiązać wstążeczkę na specjalnych gałązkach -wszystko po to by spełnić wybrane życzenie lub uwolnić sie od bólu (wystarczydotknąć wstążka bolącego miejsca). Po 7 dniach spalane są wszystkie wstążeczkii życzenie się spełnia (podobno). Następnie jedziemy w stronę rezerwatu Uvac.Chcieliśmy jechać przez Kosowo, jednak wszyscy odradzali ponieważ wjazd tamkosztuje 60 euro od osoby. Droga przez góry mijała powoli, jednak widoki byłyniesamowite i nie spadła na nas nawet kropelka deszczu. Wieczorem dotarliśmy wokolice jeziora Uvac. Wiedzieliśmy, że droga która prowadzi na campingjest kiepska ale co to dla nas i naszego bandita! Asfalt szybko się skończył ,a zamiast niego pojawiły się kamienie. Podjazd był bardzo stromy jednakmyślałem, że dam radę. Przeliczyłem się i gdy Hania poszła sprawdzać dalszą drogęja wylądowałem pod motocyklem. Na szczęście nic się nie stało. Straciliśmytylko lusterko, ale bez prawego można jeździć Postanowiliśmy, żewypchniemy bandita pod tą górkę bez bagaży. W czasie naszych manewrówprzyjechał z góry samochód z dwójką młodych ludzi. Zapytaliśmy czy camping jestna pewno tutaj i czy mogą nam pomóc z wypchnięciem motocykla, zgodzili się odrazu. Zaczęliśmy rozmawiać, po chwili zrobiło się już całkiem ciemno. Natasza iMiszka zaproponowali więc, że zapakują do auta nasze bagaże oraz Hanię a Michałbędzie spokojnie jechał na bandicie. Ruszyliśmy więc dziurawą, piaszczystądrogą w stronę jeziora. Całą drogę rozmawialiśmy o naszej podróży, o naszychkrajach itd. W pewnym momencie Natasza z Miszką zaproponowali nam nocleg w ichdomku nad samym jeziorem Uvac, obok naszego docelowego campingu. Hania byłatotalnie zaskoczona, podobnie zareagowałem ja gdy dojechaliśmy na miejsce.Domek był malutki, ale przytulny. Nie było prądu ani wody. Zjedliśmy ostatnieresztki naszego jedzenia i poszliśmy spać w towarzystwie pszczół, które miałymałe gniazda na poddaszu. Przy miłym brzęczeniu i bardzo zmęczeni usnęliśmy odrazu.




Dzień 10



Rano obudziliśmy siędość wcześnie. Ptaki za oknem już rozpoczęły dzień i nie dały nam się wyspać. Itak nie mieliśmy czasu, ponieważ chcieliśmy zwiedzić rezerwat Uvac. Zjedliśmymałe śniadanie w towarzystwie ludzi mieszkających nad jeziorem i ruszyliśmy wdrogę. Na szczęście Pani Slava poratowała nas butelkami wody (bez tego chybabyśmy umarli), my odwdzięczyliśmy się słownikiem Polsko-Chorwackim, którystrasznie jej się spodobał.. Mieliśmy do przejścia jakieś 10 km w 30 parostopniowym upale i pełnym słońcu. Hania już troszkę nie dawała rady, ale jakośudało jej się przejść całą trasę. Widoki wynagrodziły cały trud, a orły nadgłowami dodawały jeszcze większego smaczku całej wędrówce. W drodze powrotnejna niebie zaczęły pojawiać sie ciemne chmury, przyśpieszyliśmy więc kroku bowiedzieliśmy, że jeśli zacznie padać to zostaniemy uwięzieni nad Uvac. Szybkospakowaliśmy bagaże a Michał wyjechał motocyklem z campingu i zostawił go przystromym kamienistym zjeździe. Później złapaliśmy wszystko co nasze w ręce iruszyliśmy mozolnie pod górkę. Na szczęście na camping przyjechała jakaś ekipaz Czech na terenowych motocyklach i jeden z chłopaków zawiózł nam rzeczy na dółi wracając zabrał Hanie. Ja doczłapałem jakoś do motocykla i zabrałem się zazjeżdżanie w dół. Zjeżdżanie to chyba za duże słowo... zsuwając się w dółuznałem że nie dam rady. Nigdy nie jeździłem w takim terenie i trochę się bałemże przy wywrotce uszkodzę coś w motocyklu. Stwierdziłem że pójdę po naszegoprzyjaciela Czecha, który na pewno dużo bardziej ogarniał jazdę w terenie.Trochę się ze mnie pośmiał i przyjechaliśmy pod mój motocykl. Zjazd w dół zająłmu jakieś 15 sekund... a moje męskie ego spadło do poziomu 0. No alepocieszałem się tym że gość był już na Alasce, w Mongolii i paru innychciekawych miejscach. Podziękowaliśmy, szybko sie przebraliśmy i wsiedliśmy nabandita. Mieliśmy dojechać do Bośni i Hercegowiny, jednak ja byłem straszniezmęczony i zrobiło się ciemno. Postanowiliśmy na spokojnie zatrzymać się wjakimś przydrożnym motelu i rano ruszyć dalej. Dzień zakończyliśmy kolacją wtradycyjnej restauracji, gdzie rano zjedliśmy również śniadanie - ceny byłyniskie a jedzenie przepyszne, tylko Pan kelner dziwnie patrzył jak rano piliśmydo śniadania herbatę ;)
Dzień 11





Po śniadaniuspakowaliśmy rzeczy i ruszyliśmy w stronę Sarajewa. zjawiliśmy się tam w samopołudnie. Zrzuciliśmy motocyklowe ciuchy i spokojnie obeszliśmy większośćstarego miasta, które ku naszemu zaskoczeniu było pełne turystów. Stolica Bośnii Hercegowiny wciąż pełna jest śladów po wojnie, właściwie na każdym kroku.Sprawia to dość przygnębiające wrażenie. Stare miasto jest strasznie ciasne,wszędzie stragany z pamiątkami, pełno ludzi i raczej wąskie ulice – jest tutajtroszkę jak w Turcji. W mieście jest jedna, szeroka, reprezentacyjna aleja,która ma raczej straszną nazwę potoczną "aleja snajperów". Na niej właśnieznajduje się płomień (Eternal Flame), który pali się dla uczczenia pamięciżołnierzy. W mieście znajduje się także piękny meczet i parę innych zabytkówgodnych uwagi. Ciekawe są tzn. "róże Sarajewa" czyli wypełnioneczerwoną farbą dziury po pociskach na ulicy, kształtem przypominające właśniepłatki róż. Jeden dzień to za mało by dobrze poznać to piękne miasto ze smutnąhistorią. Warto przeczytać sobie trochę o tej lekko bezsensownej wojnie ipomyśleć o niej chodząc ulicami. My na pewno tam jeszcze wrócimy i na pewno nadłużej. Z Sarajewa ruszyliśmy do Mostaru. Mieliśmy dojechać nad morze, alepostanowiliśmy zostać i pozwiedzać Mostar, gdzie zatrzymaliśmy się na noc.Tutaj także wszędzie widać pozostałości po wojnie, dziury po kulach i bombach wbudynkach. W sklepie z pamiątkami przy muzeum wyświetlano fragmenty filmównagranych w czasie wojny, na przykład moment wybuchu bomby i zniszczenia mostuw Mostarze który został odbudowany dopiero 7 lat temu. Wieczór spędziliśmyjedząc kolację w tradycyjnej restauracji (tym razem wybór padł na cevapi),porównując wrażenia z całego dnia i świętując naszą małą rocznice ;)




Dzień 12
Następnego dnia ranopojechaliśmy do Sibenika w Chorwacji. Ostatnia droga między bośniackimi góramii za granicą wjeżdżamy na autostradę. Niekończące się chorwackie tunele robiąwrażenie. Autostrady są męczące i niestety płatne, ale pozwalają zaoszczędzić sporo czasu. W Sibeniku rozbijamy się nacampingu i idziemy nad tak bardzo wyczekiwane morze. Hania troszkę bała sięjeżowców, ale w końcu się przełamała (tej przejrzystej wodzie nie da sięoprzeć). Wieczorem pojechaliśmy coś zjeść i zobaczyć miasto. Ceny w Chorwacjiprzerażają!!
Dzień13
Następny dzień to jużtypowy powrót do domu. Autostrada do Zagrzebia, tam camping przy hostelu. Panowałatam świetna atmosfera, spotkaliśmy także dwie dziewczyny z Polski którewybierały się stopem dalej do Albanii i Serbii więc trochę pogadaliśmy ipowspominaliśmy swoje przygody.
Dzień 14
Znowu pakowanie i jazdaw kierunku Budapesztu. Rozbiliśmy namiot i poszliśmy pozwiedzać dobrze namznane miasto. Wreszcie zjadłem tak zachwalanego przez Hanię „Langosza”, czyliplacek ziemniaczany z dodatkami. Był przepyszny! Później spotkaliśmy się ze znajomymi,którzy jadą stopem do Iranu. Wypiliśmy winko i wróciliśmy na camping. W nocyjakaś Pani zwróciła nam uwagę, że rozmawiamy a potem jakiemuś Panu że chrapie-.-
Dzień 15
Z Budapesztu dotarliśmy do Krakowa.Nie mogliśmy już usiedzieć na motocyklu. Kilometry przez Słowację ciągnęły sięi ciągnęły, a my byliśmy coraz bardziej zmęczeni. W końcu Polska! Szybkihot-dog na stacji i ruszamy do domu. Na zakopiance mieliśmy jeszcze niemiłąsytuację z panią która prawie w nas wjechała... I jesteśmy w DOMU!
Ponad 4500 kilometrów za nami imnóstwo wspomnień. Mój dzielny Bandit dał radę bez problemu. Przednia opona jużprawie niema bieżnika. Trzeba go dobrze wyszorować bo zasłużył na to w 100 %. Dziękujemyteż firmą Bushmen i Motorismo oraz Navigator festiwal. Jednak najbardziejdziękuję Hani która ze mną wytrzymała i w ogóle wytrzymała jazdę z tyłu (miałatam mało miejsca a kanapa nie jest za wygodna). Bo w dwie osoby nie jest taksmutno jak samemu, a wiem że podróżowanie na motocyklu nie było jakąś jejwielką pasją. Chociaż po cichu wierzę, że złapała zajawkę bo nawet się mniepytała czy dała by radę sama jeździć. A w domu tak dziwnie wstać rano i niemyśleć ile się będzie jechało. Czas poczytać troszkę o wojnie w Jugosławii,która bardzo nas zainteresowała i pomyśleć trochę nad tym co widzieliśmy.Jesteśmy pewni że na pewno wrócimy jeszcze w te strony.
Mała i Duży w Podróży - Blog Motocyklowy autorów relacji z podróży po Bałkanach